[sekundę...] 
feed

Dewota

[06.10.11/17:15]
   Zachodzę w głowę i nie mogę tego objąć rozumem. Jak można być tak podłym, obłudnym, zakłamanym człowiekiem, dla którego liczy się tylko, co ludzie pomyślą, liczy się teatr odstawiany na zewnątrz. Jak można tak kłamać, że samemu się już w te kłamstwa wierzy, żeby mieć lepsze samopoczucie. Czy naprawdę nigdzie po drodze nie tworzy się dysonans poznawczy, że staram się całemu światu wmówić, jakim dobrym jest się człowiekiem, jednocześnie mając świadomość podłości, jakie się wyrządziło lub dobra, jakiego się zaniechało? A może właśnie tej świadomości już nie ma, nie ma sumienia, które powiedziałoby: dość, postępujesz źle, zastanów się! Sumienie widocznie zostało już dawno utopione w morzu hipokryzji. Dulszczyzna w czystej postaci.

Jak można  wykorzystać chorobę własnego dziecka, dorosłego już syna, żeby odstawiać na środku miasta teatr przed ludźmi, jaką się jest cudowną mamusią w sytuacji, kiedy przez ostatnie kilka miesięcy nie zrobiło się nic, żeby temu synowi pomóc. Nie zainteresowało się nawet, jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje. Jak można było przez te wszystkie miesiące nie odezwać się do własnej synowej, której się tak bardzo nienawidzi, że mija się ją jak powietrze. Jaką się jest siostrą, bratem, żeby przez ten cały czas nie dowiedzieć się, jak się czuje ich brat, w jakim jest stanie, czy wraca do zdrowia? Jaka się jest matką, żeby teraz wykorzystywać syna do podreperowania opinii o sobie w oczach obcych ludzi, którzy na szczęście nie są tak naiwni, by w to uwierzyć. Jak trzeba być przebiegłym i wyrachowanym, żeby spędzać czas na obmyślaniu sposobu zachowania, pozbawieniu się wszelkiej spontaniczności, przemyśleniu każdego gestu i słowa, by zostało wypowiedziane w odpowiedniej sytuacji, do odpowiedniej publiczności.

Bo okazuje się, że największe zasługi w powrocie mojego taty do zdrowia ma moja babcia, która palcem nie kiwnęła, ale wszystko wymodliła. Od czasu wyjazdu mojego taty na rehabilitację do Konstancina nawet raz nie zapytała kogokolwiek z nas, mojej mamy, brata czy mnie, jak się czuje tata, czy potrzebujemy pomocy, jak sobie radzimy, jakie są rokowania, co mówią lekarze. Co ciekawe, nadal niewiele ją to obchodzi. Jeszcze niedawno pytana przez znajomych, co u taty słychać, że podobno chodzi, lekceważącym tonem mówiła: Co z tego, że chodzi, jak nie ma głowy. Znamy, niestety, ten mechanizm. Nie wiedziała, czy tata nie jest zbyt chory, zbyt niepełnosprawny, że trzeba będzie się go wstydzić, tak jak wstydziła się niepełnosprawnej wnuczki i odwracała głowę w drugą stronę, żeby nie musieć na nią patrzeć. Kiedy spotkała moich rodziców na spacerze kilka dni po powrocie taty do Opoczna i jednak okazało się, że tata chodzi i na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zdrowego człowieka, można się do niego przyznawać. Wie doskonale, że tata niewiele pamięta i może go teraz traktować jak duże dziecko i manipulować nim. Na szczęście na straży spokoju i zdrowia psychicznego taty stoi mama, a i mój brat przyjdzie jej z odsieczą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ja zresztą też mam coś do powiedzenia i nie pozwolę skrzywdzić mojego taty.

Nie po to walczyliśmy o jego zdrowie pscyhiczne i fizyczne, nie po to pracowaliśmy ciężko przez kilka miesięcy, żeby teraz gierki jednej dewoty zaburzyły tę równowagę, którą udało nam się osiągnąć. Chce się modlić, niech się modli i wymadla dalsze postępy zdrowia mojego taty, niech zamawia msze dziękczynne, jeśli nie ma na co wydawać pieniędzy, ale nie pozwolimy, żeby traktowała go jak marionetkę. Jednak nie można oczekiwać zrouzmienia dla naszego cierpienia, wysiłku i poświęcenia od osoby, która zostawiła na pastwę losu swoją chorą na raka matkę i przez 10 lat się do niej nie odzywała, żyła swoim życiem. To jej oczywiście nie przeszkodziło w przyjęciu spadku po niej. Niestety, matka ją pokarała i podzieliła dom pomiędzy trójkę rodzeństwa. Jak bardzo doskwierała jej opieka nad swoim chorym mężem, który nie dosłyszał, miał cukrzycę i potrzebował pomcy. Czego jednak można się było spodziewać po kobiecie, która niczego nie potrafiła w domu zrobić, za którą wszystko robił mąż, a kiedy zaniemógł z całą stanowczością dotarło do niej, jak ciężką pracę wykonywał za nią. Ona jednak nie miała zamiaru się zamęczać, nagle po 50 latach nauczyć się gotować, obierać ziemniaki, sprzątać. Nie umiała się nim zająć, nie chciała dopuścić do tego, żeby mój tata się nim zajął, bo zbyt dużo widział i zbyt wiele wniosków wyciągał. No i nie daj Boże ojciec powierzyłby mojemu tacie swoje oszczędności. Przegnała go więc, odgradzając od ojca na ostatni rok jego życia.

Oczywiście przy każdym ze spotkań na mieście z moim tatą i mamą babcia kompletnie ignorowała mamę, udając, że jej nie ma, odwracając się do niej plecami. Nie zdaje sobie chyba sprawy, że to siebie w ten sposób naraża na śmieszność. Zachwyca się dobrym stanem zdrowia mojego taty, jego kondycją, wyglądem, tym, że jest zadbany, ale nawet przez myśl, a co dopiero przez usta jej nie przejdzie, czyja to jest zasługa, że tata ma się tak dobrze. Gdyby ona dbała tak o dziadka, kiedy było trzeba, to kto wie, może żyłby nadal w zdrowiu i spokoju. Ale samą pustą modlitwą i siedzeniem godzinami w kościele nie przygotuje się choremu właściwego, pełnowartościowego posiłku, nie poda się leków na czas, nie zrehabilituje się go fizycznie, by mógł chodzić i mieć sprawne ręce, nie pobudzi się jego umysłu, by był samodzielny, by wróciła mu pamięć. Można zaufać Bogu, ale nie można oczekiwać, że Bóg wszystko załatwi za nas.

A jeśli nie potrafi się szczerze pomóc, czego do tej pory moja babcia nie okazała, to odstawianie szopek przy ludziach niczemu nie służy. Gdyby chciała pomóc, tak jak Pan Jezus przykazał, przyszłaby do moich rodziców i w zaciszu domowym, a nie na pokaz przed ludźmi, zaproponowałaby mojemu tacie i mamie pomoc. Jak każda normalna matka przyszłaby i zapytała, jak w tej sytuacji mogę wam pomóc, dzieci, czy potrzebujecie wsparcia finansowego. Teraz odgrywa przed ludźmi chojną matkę, która mojemu tacie będzie pieniążki przynosić. Gdzie była, kiedy w wakacje moja mama nie mogła związać końca z końcem, kiedy trzeba było pokryć koszty transportu taty ze szpitala do szpitala, rehabilitacji, leków. Gdzie wtedy była kochająca mamusia, której ponoć największą zasługą jest fakt, że urodziła mojego tatę zdrowego. Tylko ile potem mu zdrowia odebrała, źle go traktując, tego już nie pamięta.

Krew mnie zalewa i ciśnienie mi się podnosi, kiedy dowiaduję sie o tym. Jednak w sumie to było do przewidzenia. Babcia wydała za mąż dwie wnuczki. Syn przyjeżdżał i bardzo jej pomagał dopóki nie odbyło się wesele jego córki i pomoc finansowa matki nie była już tak potrzebna. Poza tym babcia nie była już taka hojna, bo zaczęła zbierać na kolejne wesele, tym razem swojej ukochanej wnusi, córki córci. Tutaj nawet wnusia ani córcia nie musiały się strasznie starać o dofinasowanie, bo to było oczywiste, że bacia pomoże jak zawsze pokrzywdzonej Elżuni, żyjącej w separacji i Asiuchnie, która się wychowywała bez ojca. Jakoś wszyscy zapomnieli, dlaczego tak się stało i kto doprowadził do tego,  że mąż i ojciec w jednej osobie usunął się z życia dwóch królewien. Weselicho się odbyło podobno, nie byłam, nie wiem, ale przyszedł czas, kiedy babcia nagle stała się mało przydatna, bo na razie nie ma czego finasować, a i odłożone kupki jakoś zmalały. Naturalne więc było, że w tej sytuacji przypomni sobie o dobrym synu, który zawsze jej pomagał, chociażby nie wiem jak źle traktowała jego, jego żonę i dzieci. Nie ważne, że to syn jest schorowany po wypadku i teraz to on potrzebuje pomocy. Warto mu o sobie przypominać, bo kto wie, do czego może się przydać, może się na tyle dobrze zrehabilituje, że jeszcze węgla nanosi z piwnicy.

Więc ja Ci tu wszem i wobec ogłaszam, stara dewoto, że niedoczekanie Twoje!

dodaj komentarz

Komentarze


ilunga [10.10.11/21:56]

dziękuję

Dziękuje Milko, nigdy mnie nie oszczędzało, oj nie, ale zapału do walki mi nie brakuje. Pozdrawiam
milka [09.10.11/21:48]

cięzkie to życie, Ilungo,

trzymaj sie dzielnie :)