Dewota
[06.10.11/17:15]
Zachodzę w głowę i nie mogę tego objąć rozumem. Jak można być tak podłym, obłudnym, zakłamanym człowiekiem, dla którego liczy się tylko, co ludzie pomyślą, liczy się teatr odstawiany na zewnątrz. Jak można tak kłamać, że samemu się już w te kłamstwa wierzy, żeby mieć lepsze samopoczucie. Czy naprawdę nigdzie po drodze nie tworzy się dysonans poznawczy, że staram się całemu światu wmówić, jakim dobrym jest się człowiekiem, jednocześnie mając świadomość podłości, jakie się wyrządziło lub dobra, jakiego się zaniechało? A może właśnie tej świadomości już nie ma, nie ma sumienia, które powiedziałoby: dość, postępujesz źle, zastanów się! Sumienie widocznie zostało już dawno utopione w morzu hipokryzji. Dulszczyzna w czystej postaci.
Jak można wykorzystać chorobę własnego dziecka, dorosłego już syna, żeby odstawiać na środku miasta teatr przed ludźmi, jaką się jest cudowną mamusią w sytuacji, kiedy przez ostatnie kilka miesięcy nie zrobiło się nic, żeby temu synowi pomóc. Nie zainteresowało się nawet, jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje. Jak można było przez te wszystkie miesiące nie odezwać się do własnej synowej, której się tak bardzo nienawidzi, że mija się ją jak powietrze. Jaką się jest siostrą, bratem, żeby przez ten cały czas nie dowiedzieć się, jak się czuje ich brat, w jakim jest stanie, czy wraca do zdrowia? Jaka się jest matką, żeby teraz wykorzystywać syna do podreperowania opinii o sobie w oczach obcych ludzi, którzy na szczęście nie są tak naiwni, by w to uwierzyć. Jak trzeba być przebiegłym i wyrachowanym, żeby spędzać czas na obmyślaniu sposobu zachowania, pozbawieniu się wszelkiej spontaniczności, przemyśleniu każdego gestu i słowa, by zostało wypowiedziane w odpowiedniej sytuacji, do odpowiedniej publiczności.
Bo okazuje się, że największe zasługi w powrocie mojego taty do zdrowia ma moja babcia, która palcem nie kiwnęła, ale wszystko wymodliła. Od czasu wyjazdu mojego taty na rehabilitację do Konstancina nawet raz nie zapytała kogokolwiek z nas, mojej mamy, brata czy mnie, jak się czuje tata, czy potrzebujemy pomocy, jak sobie radzimy, jakie są rokowania, co mówią lekarze. Co ciekawe, nadal niewiele ją to obchodzi. Jeszcze niedawno pytana przez znajomych, co u taty słychać, że podobno chodzi, lekceważącym tonem mówiła: Co z tego, że chodzi, jak nie ma głowy. Znamy, niestety, ten mechanizm. Nie wiedziała, czy tata nie jest zbyt chory, zbyt niepełnosprawny, że trzeba będzie się go wstydzić, tak jak wstydziła się niepełnosprawnej wnuczki i odwracała głowę w drugą stronę, żeby nie musieć na nią patrzeć. Kiedy spotkała moich rodziców na spacerze kilka dni po powrocie taty do Opoczna i jednak okazało się, że tata chodzi i na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zdrowego człowieka, można się do niego przyznawać. Wie doskonale, że tata niewiele pamięta i może go teraz traktować jak duże dziecko i manipulować nim. Na szczęście na straży spokoju i zdrowia psychicznego taty stoi mama, a i mój brat przyjdzie jej z odsieczą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ja zresztą też mam coś do powiedzenia i nie pozwolę skrzywdzić mojego taty.
Nie po to walczyliśmy o jego zdrowie pscyhiczne i fizyczne, nie po to pracowaliśmy ciężko przez kilka miesięcy, żeby teraz gierki jednej dewoty zaburzyły tę równowagę, którą udało nam się osiągnąć. Chce się modlić, niech się modli i wymadla dalsze postępy zdrowia mojego taty, niech zamawia msze dziękczynne, jeśli nie ma na co wydawać pieniędzy, ale nie pozwolimy, żeby traktowała go jak marionetkę. Jednak nie można oczekiwać zrouzmienia dla naszego cierpienia, wysiłku i poświęcenia od osoby, która zostawiła na pastwę losu swoją chorą na raka matkę i przez 10 lat się do niej nie odzywała, żyła swoim życiem. To jej oczywiście nie przeszkodziło w przyjęciu spadku po niej. Niestety, matka ją pokarała i podzieliła dom pomiędzy trójkę rodzeństwa. Jak bardzo doskwierała jej opieka nad swoim chorym mężem, który nie dosłyszał, miał cukrzycę i potrzebował pomcy. Czego jednak można się było spodziewać po kobiecie, która niczego nie potrafiła w domu zrobić, za którą wszystko robił mąż, a kiedy zaniemógł z całą stanowczością dotarło do niej, jak ciężką pracę wykonywał za nią. Ona jednak nie miała zamiaru się zamęczać, nagle po 50 latach nauczyć się gotować, obierać ziemniaki, sprzątać. Nie umiała się nim zająć, nie chciała dopuścić do tego, żeby mój tata się nim zajął, bo zbyt dużo widział i zbyt wiele wniosków wyciągał. No i nie daj Boże ojciec powierzyłby mojemu tacie swoje oszczędności. Przegnała go więc, odgradzając od ojca na ostatni rok jego życia.
Oczywiście przy każdym ze spotkań na mieście z moim tatą i mamą babcia kompletnie ignorowała mamę, udając, że jej nie ma, odwracając się do niej plecami. Nie zdaje sobie chyba sprawy, że to siebie w ten sposób naraża na śmieszność. Zachwyca się dobrym stanem zdrowia mojego taty, jego kondycją, wyglądem, tym, że jest zadbany, ale nawet przez myśl, a co dopiero przez usta jej nie przejdzie, czyja to jest zasługa, że tata ma się tak dobrze. Gdyby ona dbała tak o dziadka, kiedy było trzeba, to kto wie, może żyłby nadal w zdrowiu i spokoju. Ale samą pustą modlitwą i siedzeniem godzinami w kościele nie przygotuje się choremu właściwego, pełnowartościowego posiłku, nie poda się leków na czas, nie zrehabilituje się go fizycznie, by mógł chodzić i mieć sprawne ręce, nie pobudzi się jego umysłu, by był samodzielny, by wróciła mu pamięć. Można zaufać Bogu, ale nie można oczekiwać, że Bóg wszystko załatwi za nas.
A jeśli nie potrafi się szczerze pomóc, czego do tej pory moja babcia nie okazała, to odstawianie szopek przy ludziach niczemu nie służy. Gdyby chciała pomóc, tak jak Pan Jezus przykazał, przyszłaby do moich rodziców i w zaciszu domowym, a nie na pokaz przed ludźmi, zaproponowałaby mojemu tacie i mamie pomoc. Jak każda normalna matka przyszłaby i zapytała, jak w tej sytuacji mogę wam pomóc, dzieci, czy potrzebujecie wsparcia finansowego. Teraz odgrywa przed ludźmi chojną matkę, która mojemu tacie będzie pieniążki przynosić. Gdzie była, kiedy w wakacje moja mama nie mogła związać końca z końcem, kiedy trzeba było pokryć koszty transportu taty ze szpitala do szpitala, rehabilitacji, leków. Gdzie wtedy była kochająca mamusia, której ponoć największą zasługą jest fakt, że urodziła mojego tatę zdrowego. Tylko ile potem mu zdrowia odebrała, źle go traktując, tego już nie pamięta.
Krew mnie zalewa i ciśnienie mi się podnosi, kiedy dowiaduję sie o tym. Jednak w sumie to było do przewidzenia. Babcia wydała za mąż dwie wnuczki. Syn przyjeżdżał i bardzo jej pomagał dopóki nie odbyło się wesele jego córki i pomoc finansowa matki nie była już tak potrzebna. Poza tym babcia nie była już taka hojna, bo zaczęła zbierać na kolejne wesele, tym razem swojej ukochanej wnusi, córki córci. Tutaj nawet wnusia ani córcia nie musiały się strasznie starać o dofinasowanie, bo to było oczywiste, że bacia pomoże jak zawsze pokrzywdzonej Elżuni, żyjącej w separacji i Asiuchnie, która się wychowywała bez ojca. Jakoś wszyscy zapomnieli, dlaczego tak się stało i kto doprowadził do tego, że mąż i ojciec w jednej osobie usunął się z życia dwóch królewien. Weselicho się odbyło podobno, nie byłam, nie wiem, ale przyszedł czas, kiedy babcia nagle stała się mało przydatna, bo na razie nie ma czego finasować, a i odłożone kupki jakoś zmalały. Naturalne więc było, że w tej sytuacji przypomni sobie o dobrym synu, który zawsze jej pomagał, chociażby nie wiem jak źle traktowała jego, jego żonę i dzieci. Nie ważne, że to syn jest schorowany po wypadku i teraz to on potrzebuje pomocy. Warto mu o sobie przypominać, bo kto wie, do czego może się przydać, może się na tyle dobrze zrehabilituje, że jeszcze węgla nanosi z piwnicy.
Więc ja Ci tu wszem i wobec ogłaszam, stara dewoto, że niedoczekanie Twoje!
Jak można wykorzystać chorobę własnego dziecka, dorosłego już syna, żeby odstawiać na środku miasta teatr przed ludźmi, jaką się jest cudowną mamusią w sytuacji, kiedy przez ostatnie kilka miesięcy nie zrobiło się nic, żeby temu synowi pomóc. Nie zainteresowało się nawet, jak się czuje, czy czegoś nie potrzebuje. Jak można było przez te wszystkie miesiące nie odezwać się do własnej synowej, której się tak bardzo nienawidzi, że mija się ją jak powietrze. Jaką się jest siostrą, bratem, żeby przez ten cały czas nie dowiedzieć się, jak się czuje ich brat, w jakim jest stanie, czy wraca do zdrowia? Jaka się jest matką, żeby teraz wykorzystywać syna do podreperowania opinii o sobie w oczach obcych ludzi, którzy na szczęście nie są tak naiwni, by w to uwierzyć. Jak trzeba być przebiegłym i wyrachowanym, żeby spędzać czas na obmyślaniu sposobu zachowania, pozbawieniu się wszelkiej spontaniczności, przemyśleniu każdego gestu i słowa, by zostało wypowiedziane w odpowiedniej sytuacji, do odpowiedniej publiczności.
Bo okazuje się, że największe zasługi w powrocie mojego taty do zdrowia ma moja babcia, która palcem nie kiwnęła, ale wszystko wymodliła. Od czasu wyjazdu mojego taty na rehabilitację do Konstancina nawet raz nie zapytała kogokolwiek z nas, mojej mamy, brata czy mnie, jak się czuje tata, czy potrzebujemy pomocy, jak sobie radzimy, jakie są rokowania, co mówią lekarze. Co ciekawe, nadal niewiele ją to obchodzi. Jeszcze niedawno pytana przez znajomych, co u taty słychać, że podobno chodzi, lekceważącym tonem mówiła: Co z tego, że chodzi, jak nie ma głowy. Znamy, niestety, ten mechanizm. Nie wiedziała, czy tata nie jest zbyt chory, zbyt niepełnosprawny, że trzeba będzie się go wstydzić, tak jak wstydziła się niepełnosprawnej wnuczki i odwracała głowę w drugą stronę, żeby nie musieć na nią patrzeć. Kiedy spotkała moich rodziców na spacerze kilka dni po powrocie taty do Opoczna i jednak okazało się, że tata chodzi i na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zdrowego człowieka, można się do niego przyznawać. Wie doskonale, że tata niewiele pamięta i może go teraz traktować jak duże dziecko i manipulować nim. Na szczęście na straży spokoju i zdrowia psychicznego taty stoi mama, a i mój brat przyjdzie jej z odsieczą, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ja zresztą też mam coś do powiedzenia i nie pozwolę skrzywdzić mojego taty.
Nie po to walczyliśmy o jego zdrowie pscyhiczne i fizyczne, nie po to pracowaliśmy ciężko przez kilka miesięcy, żeby teraz gierki jednej dewoty zaburzyły tę równowagę, którą udało nam się osiągnąć. Chce się modlić, niech się modli i wymadla dalsze postępy zdrowia mojego taty, niech zamawia msze dziękczynne, jeśli nie ma na co wydawać pieniędzy, ale nie pozwolimy, żeby traktowała go jak marionetkę. Jednak nie można oczekiwać zrouzmienia dla naszego cierpienia, wysiłku i poświęcenia od osoby, która zostawiła na pastwę losu swoją chorą na raka matkę i przez 10 lat się do niej nie odzywała, żyła swoim życiem. To jej oczywiście nie przeszkodziło w przyjęciu spadku po niej. Niestety, matka ją pokarała i podzieliła dom pomiędzy trójkę rodzeństwa. Jak bardzo doskwierała jej opieka nad swoim chorym mężem, który nie dosłyszał, miał cukrzycę i potrzebował pomcy. Czego jednak można się było spodziewać po kobiecie, która niczego nie potrafiła w domu zrobić, za którą wszystko robił mąż, a kiedy zaniemógł z całą stanowczością dotarło do niej, jak ciężką pracę wykonywał za nią. Ona jednak nie miała zamiaru się zamęczać, nagle po 50 latach nauczyć się gotować, obierać ziemniaki, sprzątać. Nie umiała się nim zająć, nie chciała dopuścić do tego, żeby mój tata się nim zajął, bo zbyt dużo widział i zbyt wiele wniosków wyciągał. No i nie daj Boże ojciec powierzyłby mojemu tacie swoje oszczędności. Przegnała go więc, odgradzając od ojca na ostatni rok jego życia.
Oczywiście przy każdym ze spotkań na mieście z moim tatą i mamą babcia kompletnie ignorowała mamę, udając, że jej nie ma, odwracając się do niej plecami. Nie zdaje sobie chyba sprawy, że to siebie w ten sposób naraża na śmieszność. Zachwyca się dobrym stanem zdrowia mojego taty, jego kondycją, wyglądem, tym, że jest zadbany, ale nawet przez myśl, a co dopiero przez usta jej nie przejdzie, czyja to jest zasługa, że tata ma się tak dobrze. Gdyby ona dbała tak o dziadka, kiedy było trzeba, to kto wie, może żyłby nadal w zdrowiu i spokoju. Ale samą pustą modlitwą i siedzeniem godzinami w kościele nie przygotuje się choremu właściwego, pełnowartościowego posiłku, nie poda się leków na czas, nie zrehabilituje się go fizycznie, by mógł chodzić i mieć sprawne ręce, nie pobudzi się jego umysłu, by był samodzielny, by wróciła mu pamięć. Można zaufać Bogu, ale nie można oczekiwać, że Bóg wszystko załatwi za nas.
A jeśli nie potrafi się szczerze pomóc, czego do tej pory moja babcia nie okazała, to odstawianie szopek przy ludziach niczemu nie służy. Gdyby chciała pomóc, tak jak Pan Jezus przykazał, przyszłaby do moich rodziców i w zaciszu domowym, a nie na pokaz przed ludźmi, zaproponowałaby mojemu tacie i mamie pomoc. Jak każda normalna matka przyszłaby i zapytała, jak w tej sytuacji mogę wam pomóc, dzieci, czy potrzebujecie wsparcia finansowego. Teraz odgrywa przed ludźmi chojną matkę, która mojemu tacie będzie pieniążki przynosić. Gdzie była, kiedy w wakacje moja mama nie mogła związać końca z końcem, kiedy trzeba było pokryć koszty transportu taty ze szpitala do szpitala, rehabilitacji, leków. Gdzie wtedy była kochająca mamusia, której ponoć największą zasługą jest fakt, że urodziła mojego tatę zdrowego. Tylko ile potem mu zdrowia odebrała, źle go traktując, tego już nie pamięta.
Krew mnie zalewa i ciśnienie mi się podnosi, kiedy dowiaduję sie o tym. Jednak w sumie to było do przewidzenia. Babcia wydała za mąż dwie wnuczki. Syn przyjeżdżał i bardzo jej pomagał dopóki nie odbyło się wesele jego córki i pomoc finansowa matki nie była już tak potrzebna. Poza tym babcia nie była już taka hojna, bo zaczęła zbierać na kolejne wesele, tym razem swojej ukochanej wnusi, córki córci. Tutaj nawet wnusia ani córcia nie musiały się strasznie starać o dofinasowanie, bo to było oczywiste, że bacia pomoże jak zawsze pokrzywdzonej Elżuni, żyjącej w separacji i Asiuchnie, która się wychowywała bez ojca. Jakoś wszyscy zapomnieli, dlaczego tak się stało i kto doprowadził do tego, że mąż i ojciec w jednej osobie usunął się z życia dwóch królewien. Weselicho się odbyło podobno, nie byłam, nie wiem, ale przyszedł czas, kiedy babcia nagle stała się mało przydatna, bo na razie nie ma czego finasować, a i odłożone kupki jakoś zmalały. Naturalne więc było, że w tej sytuacji przypomni sobie o dobrym synu, który zawsze jej pomagał, chociażby nie wiem jak źle traktowała jego, jego żonę i dzieci. Nie ważne, że to syn jest schorowany po wypadku i teraz to on potrzebuje pomocy. Warto mu o sobie przypominać, bo kto wie, do czego może się przydać, może się na tyle dobrze zrehabilituje, że jeszcze węgla nanosi z piwnicy.
Więc ja Ci tu wszem i wobec ogłaszam, stara dewoto, że niedoczekanie Twoje!
Teściowa
[15.06.11/00:10]
To zadziwiające, jak bardzo ludzie mogą być odporni na przyswajanie informacji. Można im mówić i tłumaczyć, ale usłyszą tylko to, co chcą usłyszeć. Z całego wywodu, który ma sens, logikę i do czegoś służy, wyłuszczą tylko te słowa, które są wygodne dla nich, pasują do ich układanki, którą już dawno ułożyli sobie w głowie, do matrycy, w którą nic odpowiadającego ich standardom nie ma prawa się wcisnąć.
Pamiętają tylko to, co chcą pamiętać, najczęściej tylko te, w ich mniemaniu, złe rzeczy, które im się przytrafiły i mają nieprzeciętny talent do ustawiania się w roli cierpiętnika, męczennicy. Cały świat przeciwko nim, a oni jak ten Milijon, co za miliony kocha i cierpi katusze. Studiowałam polonistykę, życiorys Mickiewicza znam dość dokładnie, jak i Wielką Improwizację z III części „Dziadów”. Zawsze myślałam, że były to pierwsze sygnały mesjanizmu, ale zaczynam podejrzewać, że ma to również swoje drugie dno. Cóż, Mickiewicz też miał teściową.
Zdaniem mojej teściowej mój mąż nie myśli samodzielnie, bo ja nim manipuluję, babcia powątpiewa również w inteligencję swoich wnuczek, bo nie potrafią samodzielnie wyciągać wniosków z jej postępowania. Mają narzuconą przeze mnie perspektywę. Nic by nie było złego w narzucaniu swojego punktu widzenia pod warunkiem, żeby to był jej punkt widzenia. I tu po raz kolejny kłania się kompleks utraconej władzy. Kiedy teściowa manipulowała moim męzem od wczesnego dzieciństwa i rościła sobie jeszcze pretensje do kierowania jego dorosłym życiem, wszystko było w jak najlepszym porządku. Jej marzeniem było posiadanie synowej z majętnego domu, warszawskiej dobrej rodziny, do której będzie zapraszana na niedzielne obiadki. Jeśli to się nie udało, czym jej syn ją bardzo zawiódł i rozczarował, to chociaż niech ta synowa będzie praczką, sprzątaczką, kucharką i niańką do dzieci, ale na Boga nie moze mieć własnego zdania. Ona zaś, cudna matrona, z pomalowanymi paznokciami, wyfiokowanymi włosami będzie prowadzić inteligentne rozmowy ze swoim synkiem. On będzie jej się zwierzał ze wszystkiego, a ona będzie mu udzielała ze swojego majestatu światłych rad. Bo jak twierdzi moja teściowa, inteligentni ludzie potrafią porozmawiać na wszystkie tematy. Ja zaś twierdzę, że ludzie mądrzy wiedzą, kiedy zamilknąć.
I po raz kolejny plan się nie powiódł. Syn zwierzać się nie chce już od conajmniej 20 lat, wiedząc, jakie to ma przykre konsekwencje. Synowa natomiast ma na tyle silną osobowość, że nie da się sprowadzić do roli popychadła. Na nieszczeście i wieczną sromotę mojej teściowej jesteśmy z moim mężem partnerami, którzy ze sobą rozmawiają, radzą się siebie i radzimy sobie bez jej pomocy. Jest to jedna z tych wielu rzeczy, która nie mieści się jej w głowie. Radzimy sobie bez niej, nie potrzebujemy jej światłych rad, to jest nie do pomyślenia, żeby ci gówniarze, ci smarkacze sobie radzili bez niej.
Teściowa ma wielkie pretensje o to, że śmiemy wtrącać sie w jej nietrwające już od 12 lat małżeństwo. Ciągle żywi nadzieję, że jej mąż kiedyś do niej wróci. Jednak kiedy miała szansę się z nim pojednać podczas Pierwszej Komunii Świętejna swojej wnuczki, traktowała go jak powietrze i nie chciała mu nawet podać ręki. Jednak kiedy zmarła z kolei jej teściowa, przyjechała na pogrzeb, bo miała taką potrzebę i przed tłumem ludzi zgromadzonych w kościele uznała, że czas najwyższy. "Niech Twoja matka widzi, że Ci podaje rękę na zgodę.". Teść nie przyjął tej reki podawanej na pokaz przed ludźmi, bo tak wypadało.
Teściowa kipi nienawiścią, że śmieliśmy jej przypomnieć ten fakt. Kiedy przez 10 lat anagażowała nas w swój rozwód, prała przy nas najintymniejsze brudy swojego małżeństwa, wtedy jej nie przeszkadzało, że tkwimy w tym po uszy. Póki jej przytakiwaliśmy, byliśmy potrzebni, miała przed kim grać pokrzywdzoną męczennicę. Wykorzystywała mojego męża, mnie i nawet naszą córkę, żeby jej prawda była na wierzchu. Jednak kiedy ośmielaliśmy się przeciw czemukolwiek zaprotestować, kiedy tylko mój mąż miał swoją wersję wydarzeń, inny osąd, wybuchała awantura. Teściowa umierała i wyjeżdżaliśmy z jej domu w nastrojach bliskich zawałowi.
Zastanawiałam się wiele razy, dlaczego moja teściowa tak mnie nie znosi, nie cierpi, a może nawet nienawidzi. Dlaczego nie potrafi mnie zaakceptować? Długo się nad tym zastanawiałam, zbierałam kolejne kawałki tej układanki i podejrzewam, że jeszcze kilka z nich odnajdę. Po zastanowieniu, wyciągnięciu wniosków z doświadczeń mojej mamy ze swoją teściową, czyli moją babcia, stwierdziłam, że zarówno tak jak moja babcia nienawidzi mojej mamy, a moja teściowa nienawidzi mnie za to, że dajemy sobie radę w każdej sytuacji. Moja teściowa miewała do mnie pretensje, że nie maluję sobie poaznokci, że nie wyglądam, ale to były drobiazgi, o które się czepiała jak tonący brzytwy. Ja nie twierdzę, że jestem ideałem, ale potrafię tak wiele różnych, rzeczy, jestem utalentowana w wielu dziedzinach, zarówno tych codziennych, prozaicznych jak chociażby gotowanie czy pieczenie, jak i tych bardziej uduchowionych czy zawodowych. Piszę, fotografuję, dobrze śpiewam, potrafię zjednywać sobie ludzi empatią, odnaleźć się w każdej zytuacji, potrafię być liderem ale nie tyranem. Jednak tych wartości moja teściowa nie potrafi docenić, bo co mi po tych wszystkich talentach, skoro nie przynoszą jedynej wymiernej wartości, jaka dla niej istnieje, czyli pieniędzy.
Pamiętają tylko to, co chcą pamiętać, najczęściej tylko te, w ich mniemaniu, złe rzeczy, które im się przytrafiły i mają nieprzeciętny talent do ustawiania się w roli cierpiętnika, męczennicy. Cały świat przeciwko nim, a oni jak ten Milijon, co za miliony kocha i cierpi katusze. Studiowałam polonistykę, życiorys Mickiewicza znam dość dokładnie, jak i Wielką Improwizację z III części „Dziadów”. Zawsze myślałam, że były to pierwsze sygnały mesjanizmu, ale zaczynam podejrzewać, że ma to również swoje drugie dno. Cóż, Mickiewicz też miał teściową.
Zdaniem mojej teściowej mój mąż nie myśli samodzielnie, bo ja nim manipuluję, babcia powątpiewa również w inteligencję swoich wnuczek, bo nie potrafią samodzielnie wyciągać wniosków z jej postępowania. Mają narzuconą przeze mnie perspektywę. Nic by nie było złego w narzucaniu swojego punktu widzenia pod warunkiem, żeby to był jej punkt widzenia. I tu po raz kolejny kłania się kompleks utraconej władzy. Kiedy teściowa manipulowała moim męzem od wczesnego dzieciństwa i rościła sobie jeszcze pretensje do kierowania jego dorosłym życiem, wszystko było w jak najlepszym porządku. Jej marzeniem było posiadanie synowej z majętnego domu, warszawskiej dobrej rodziny, do której będzie zapraszana na niedzielne obiadki. Jeśli to się nie udało, czym jej syn ją bardzo zawiódł i rozczarował, to chociaż niech ta synowa będzie praczką, sprzątaczką, kucharką i niańką do dzieci, ale na Boga nie moze mieć własnego zdania. Ona zaś, cudna matrona, z pomalowanymi paznokciami, wyfiokowanymi włosami będzie prowadzić inteligentne rozmowy ze swoim synkiem. On będzie jej się zwierzał ze wszystkiego, a ona będzie mu udzielała ze swojego majestatu światłych rad. Bo jak twierdzi moja teściowa, inteligentni ludzie potrafią porozmawiać na wszystkie tematy. Ja zaś twierdzę, że ludzie mądrzy wiedzą, kiedy zamilknąć.
I po raz kolejny plan się nie powiódł. Syn zwierzać się nie chce już od conajmniej 20 lat, wiedząc, jakie to ma przykre konsekwencje. Synowa natomiast ma na tyle silną osobowość, że nie da się sprowadzić do roli popychadła. Na nieszczeście i wieczną sromotę mojej teściowej jesteśmy z moim mężem partnerami, którzy ze sobą rozmawiają, radzą się siebie i radzimy sobie bez jej pomocy. Jest to jedna z tych wielu rzeczy, która nie mieści się jej w głowie. Radzimy sobie bez niej, nie potrzebujemy jej światłych rad, to jest nie do pomyślenia, żeby ci gówniarze, ci smarkacze sobie radzili bez niej.
Teściowa ma wielkie pretensje o to, że śmiemy wtrącać sie w jej nietrwające już od 12 lat małżeństwo. Ciągle żywi nadzieję, że jej mąż kiedyś do niej wróci. Jednak kiedy miała szansę się z nim pojednać podczas Pierwszej Komunii Świętejna swojej wnuczki, traktowała go jak powietrze i nie chciała mu nawet podać ręki. Jednak kiedy zmarła z kolei jej teściowa, przyjechała na pogrzeb, bo miała taką potrzebę i przed tłumem ludzi zgromadzonych w kościele uznała, że czas najwyższy. "Niech Twoja matka widzi, że Ci podaje rękę na zgodę.". Teść nie przyjął tej reki podawanej na pokaz przed ludźmi, bo tak wypadało.
Teściowa kipi nienawiścią, że śmieliśmy jej przypomnieć ten fakt. Kiedy przez 10 lat anagażowała nas w swój rozwód, prała przy nas najintymniejsze brudy swojego małżeństwa, wtedy jej nie przeszkadzało, że tkwimy w tym po uszy. Póki jej przytakiwaliśmy, byliśmy potrzebni, miała przed kim grać pokrzywdzoną męczennicę. Wykorzystywała mojego męża, mnie i nawet naszą córkę, żeby jej prawda była na wierzchu. Jednak kiedy ośmielaliśmy się przeciw czemukolwiek zaprotestować, kiedy tylko mój mąż miał swoją wersję wydarzeń, inny osąd, wybuchała awantura. Teściowa umierała i wyjeżdżaliśmy z jej domu w nastrojach bliskich zawałowi.
Zastanawiałam się wiele razy, dlaczego moja teściowa tak mnie nie znosi, nie cierpi, a może nawet nienawidzi. Dlaczego nie potrafi mnie zaakceptować? Długo się nad tym zastanawiałam, zbierałam kolejne kawałki tej układanki i podejrzewam, że jeszcze kilka z nich odnajdę. Po zastanowieniu, wyciągnięciu wniosków z doświadczeń mojej mamy ze swoją teściową, czyli moją babcia, stwierdziłam, że zarówno tak jak moja babcia nienawidzi mojej mamy, a moja teściowa nienawidzi mnie za to, że dajemy sobie radę w każdej sytuacji. Moja teściowa miewała do mnie pretensje, że nie maluję sobie poaznokci, że nie wyglądam, ale to były drobiazgi, o które się czepiała jak tonący brzytwy. Ja nie twierdzę, że jestem ideałem, ale potrafię tak wiele różnych, rzeczy, jestem utalentowana w wielu dziedzinach, zarówno tych codziennych, prozaicznych jak chociażby gotowanie czy pieczenie, jak i tych bardziej uduchowionych czy zawodowych. Piszę, fotografuję, dobrze śpiewam, potrafię zjednywać sobie ludzi empatią, odnaleźć się w każdej zytuacji, potrafię być liderem ale nie tyranem. Jednak tych wartości moja teściowa nie potrafi docenić, bo co mi po tych wszystkich talentach, skoro nie przynoszą jedynej wymiernej wartości, jaka dla niej istnieje, czyli pieniędzy.
Przypadki
[15.07.09/00:02]
Znam przypadek dorosłego mężczyzny, który jako dziecko nie miał prawa do swoich uczuć, bo mamusia wiedziała za niego lepiej. Uważa się za kobietę inteligentną, bo skończyła studia. Nie da sobie nigdy wytłumaczyć, że mądrość nie zawsze idzie w parze z inteligencją, że mądrość człowiek czerpie z życia, z wyciągania wniosków z własnych doświadczeń. Jeśli syn by jej na to pozwolił, najchętniej nadal manipulowałaby jego życiem w poczuciu dobrze spełnionego matczynego obowiązku. Zawsze znajdzie się coś, czym można by go było do siebie przywiązać, czym można by trzymać go w szachu. Jest jedynakiem, więc dla swojej matki jest całym życiem. A ona nie potrafi zrozumieć, że on ma prawo żyć swoim własnym. Jakim prawem radzi sobie bez niej, przecież nie tak go wychowała, żeby teraz jak niewdzięcznik odsuwał się od niej i nie poświęcał jej całej swojej uwagi. Niestety, on nadal jest uważany za małego chłopczyka, który sam sobie nie jest w stanie poradzić. Matka wychwala go pod niebiosa, jest prawie ósmym cudem swiata, ale swoim zachowaniem pokazuje mu brak zaufania do jego umiejętności radzenia sobie w życiu. Ile siły trzeba i ile lat musi trwać uwolnienie się od zmór przeszłości, żeby poczuć się dorosłym odpowiedzialnym i dowartościowanym mężczyzną? Ile siły trzeba, by walnąć pięścią w stół i walczyć o swoją tożsamość?
Znam przypadek matki, która nigdy nie pozwoliła się usamodzielnić swojej córce. Pomagała jej we wszystkim w dobrej wierze albo w przekonanaiu, że córka nie jest w stanie sobie sama poradzić z małym dzieckiem, z ugotowaniem obiadu, posprzątaniem czy pracą. Córka chętnie korzystała z tej pomocy, a w efekcie nigdy nie stworzyła własnego domu, mimo że miała męża i dziecko, własne mieszkanie, jej życie ciągle toczyło się w domu rodziców. Zięć, który na początku był wyrozumiały, liczył na to, że jak dziecko podrośnie żona nie będzie musiała przebywać tyle u matki i wszystko się ułoży. Nie ułożyło się, bo dziewczyna nie umiała nic zrobić sama i zawsze znalazła wymówkę, żeby na niedzielny obiad iść do mamusi, zawinąć się w koc i udać , że problemy jej nie dotyczą. Mama załatwi to przecież za nią, uspokoi płaczące dziecko, posprząta, ugotuje. Matka pomagała, jak umiała, chciała wierzyć, że tak jest dobrze, bo to przecież jej ukochana córka i ją samą też tak wychowano. Dwaj starsi synowie radzili sobie bez niej, usamodzielnili się, a ona tak bardzo chciała się czuć potrzebna. Błędne koło toczyło się dalej.
Małżeństwo córki się rozpadło, ona ma już ponad 50 lat i nadal chodzi na niedzielne obiadki do mamy. I to nie dlatego, żeby pielęgnować rodzinne więzi, zatroszczyć się o schorowanych rodziców. Bo kiedy ona jest chora, matka biegnie przez pół miasta, żeby jej pomóc. Kiedy choruje matka, córka i wnuczka zapominają o jej istnieniu. Gdyby nie najstarszy syn, nie miałby jej kto podać szklanki z herbatą. Ale matka zawsze znajdzie usprawiedliwienie dla swojego dziecka, żeby tylko nie musieć przyznać się w duchu do własnego błędu. Bo przecież kiedy patrzy na nią, widzi siebie, jak odbicie w lustrze. Te same czarne włosy, które z czasem mocno posiwały. Ona ich nie farbuje, córka uparcie odpiera oznaki czasu.
Znam przypadek 60-letniego mężczyzny z nieodciętą pępowiną. Myślałam, że to niemożliwe, ale okazuje się, że jednak. Od kiedy pamięta, otaczały go kobiety – matka, babcia, siostra babci, potem żona. O nic nie musiał się martwić, o nic troszczyć. Może tylko o to, by nie zabrakło mu papierosów. Matka zawsze dbało o to, by miał co jeść, w co się ubrać. Nawet kiedy studiował, przywoził do domu brudną bieliznę, bo nikt nie umiał się nią lepiej zająć niż matka. A nie były to bynajmniej czasy automatycznych pralek. Rzucał w kąt kuchni swoją torbę i szedł z kolegami nad rzekę. Uwaga babci, matki ciotki zawsze mu towarzyszyły, tym mocniej im mniej czasu poświecały jego schorowanemu ojcu. Kiedy przyszedł wreszcie czas najwyższy, znalazl sobie żonę i nawet udało mu się sobie wmówić, że ją kocha. Ważne, że jej matka miała rentę w dolarach, co w tamtych czasach było nie do pogardzenia. Kupowane w Peweksie papierosy też nie. Ale przecież nikt nie powiedział, że jeśli się ożenił, musi przestać korzystać z pomocy swojej matki. Zawsze mógł się przecież wymówić tym, że żona ma dwie lewe ręce, gotuje gorzej niż mamusia. Tak mijały mu lata, kiedy zamiast skoncetrować się na budowaniu własnego domu, cały czas miał dokąd uciekać przed problemami dorastającego syna, przed próbującą udowodnić swoją wartość żoną, która robiła coraz bardziej błyskotliwą karierę. On z miną cierpiętnika, nierozumianego przez nikogo, mógł się zaszyć w fotelu i zapalić papierosa. Jego małżeństwo sie rozpadło, a jego matka ma już ponad 80 lat i mimo iż coraz słabiej widzi, myli sól z cukrem, nie pozwala mu pomóc sobie w kuchni i obsługuje syna, jakby nadal miał 6 a nie 60 lat.
Znam przypadek matki, która nigdy nie pozwoliła się usamodzielnić swojej córce. Pomagała jej we wszystkim w dobrej wierze albo w przekonanaiu, że córka nie jest w stanie sobie sama poradzić z małym dzieckiem, z ugotowaniem obiadu, posprzątaniem czy pracą. Córka chętnie korzystała z tej pomocy, a w efekcie nigdy nie stworzyła własnego domu, mimo że miała męża i dziecko, własne mieszkanie, jej życie ciągle toczyło się w domu rodziców. Zięć, który na początku był wyrozumiały, liczył na to, że jak dziecko podrośnie żona nie będzie musiała przebywać tyle u matki i wszystko się ułoży. Nie ułożyło się, bo dziewczyna nie umiała nic zrobić sama i zawsze znalazła wymówkę, żeby na niedzielny obiad iść do mamusi, zawinąć się w koc i udać , że problemy jej nie dotyczą. Mama załatwi to przecież za nią, uspokoi płaczące dziecko, posprząta, ugotuje. Matka pomagała, jak umiała, chciała wierzyć, że tak jest dobrze, bo to przecież jej ukochana córka i ją samą też tak wychowano. Dwaj starsi synowie radzili sobie bez niej, usamodzielnili się, a ona tak bardzo chciała się czuć potrzebna. Błędne koło toczyło się dalej.
Małżeństwo córki się rozpadło, ona ma już ponad 50 lat i nadal chodzi na niedzielne obiadki do mamy. I to nie dlatego, żeby pielęgnować rodzinne więzi, zatroszczyć się o schorowanych rodziców. Bo kiedy ona jest chora, matka biegnie przez pół miasta, żeby jej pomóc. Kiedy choruje matka, córka i wnuczka zapominają o jej istnieniu. Gdyby nie najstarszy syn, nie miałby jej kto podać szklanki z herbatą. Ale matka zawsze znajdzie usprawiedliwienie dla swojego dziecka, żeby tylko nie musieć przyznać się w duchu do własnego błędu. Bo przecież kiedy patrzy na nią, widzi siebie, jak odbicie w lustrze. Te same czarne włosy, które z czasem mocno posiwały. Ona ich nie farbuje, córka uparcie odpiera oznaki czasu.
Znam przypadek 60-letniego mężczyzny z nieodciętą pępowiną. Myślałam, że to niemożliwe, ale okazuje się, że jednak. Od kiedy pamięta, otaczały go kobiety – matka, babcia, siostra babci, potem żona. O nic nie musiał się martwić, o nic troszczyć. Może tylko o to, by nie zabrakło mu papierosów. Matka zawsze dbało o to, by miał co jeść, w co się ubrać. Nawet kiedy studiował, przywoził do domu brudną bieliznę, bo nikt nie umiał się nią lepiej zająć niż matka. A nie były to bynajmniej czasy automatycznych pralek. Rzucał w kąt kuchni swoją torbę i szedł z kolegami nad rzekę. Uwaga babci, matki ciotki zawsze mu towarzyszyły, tym mocniej im mniej czasu poświecały jego schorowanemu ojcu. Kiedy przyszedł wreszcie czas najwyższy, znalazl sobie żonę i nawet udało mu się sobie wmówić, że ją kocha. Ważne, że jej matka miała rentę w dolarach, co w tamtych czasach było nie do pogardzenia. Kupowane w Peweksie papierosy też nie. Ale przecież nikt nie powiedział, że jeśli się ożenił, musi przestać korzystać z pomocy swojej matki. Zawsze mógł się przecież wymówić tym, że żona ma dwie lewe ręce, gotuje gorzej niż mamusia. Tak mijały mu lata, kiedy zamiast skoncetrować się na budowaniu własnego domu, cały czas miał dokąd uciekać przed problemami dorastającego syna, przed próbującą udowodnić swoją wartość żoną, która robiła coraz bardziej błyskotliwą karierę. On z miną cierpiętnika, nierozumianego przez nikogo, mógł się zaszyć w fotelu i zapalić papierosa. Jego małżeństwo sie rozpadło, a jego matka ma już ponad 80 lat i mimo iż coraz słabiej widzi, myli sól z cukrem, nie pozwala mu pomóc sobie w kuchni i obsługuje syna, jakby nadal miał 6 a nie 60 lat.
Ilunga
[14.07.09/19:43]
Usłyszałam to słowo przypadkiem, gdzieś między jedną a drugą wiadomością, podawaną przez Macieja Orłosia w Teleekspresie. To było 5 lat temu, kiedy byłam świeżo upieczoną matką drugiego swojego dziecka, kiedy świat wydawał mi się ciepłym, przytulnym miejscem, skąpanym w letnim słońcu, gdzie wszystkie problemy wydawały się blaknąć w obliczu tego, że po sześciu miesiącach poszukiwań mój mąż wreszcie znalazł pracę. Ja po dziewięciu miesiącach urodziłam zdrowe dziecko i mimo małych problemów w ciągu pierwszych tygodni życia wyszliśmy na prostą i istniejemy, a nasza rodzina ma się dobrze. Wszystko wydawało się układać. Nie miałam wtedy jeszcze pojęcia, że w naszym życiu oprócz nowonarodzonego dziecka pojawił się ktoś jeszcze, ktoś, kto nasze życie wywróci do góry nogami, ktoś, kogo mój mąż do tego życia dopuścił i pozwolił mu się rozgościć, z każdym dniem niebezpiecznie, coraz bardziej.
Wystąpiłam do sądu o seprację, zamieszkaliśmy odzielnie. Poprosiłam mojego męża, żeby opuścił nasz dom, który zbrukał, żeby nie ranił nas już bardziej, jeśli było to w ogóle możliwe i mieszkałam z naszymi dziećmi sama. Mimo codziennych wizyt i pomocy z jego strony, musiałam sobie poradzić sama ze sobą, z emocjami, problemami. Myślałam, że błąd, który on popełnił kilka lat temu, nie powtórzy się, ale się powtórzył, znowu zapragnął wyciągnąć rękę po owoc zakazany.
Tym razem postawiłam sprawę na ostrzu noża i musiałam się rozstać z człowiekiem, którego nie potrafiłam znienawidzieć, chociaż nie wiedziałam, czy nadal go kochałam. Musiałam znaleźć w sobie siłę, żeby każdego dnia obudzić się ze świadomością, że mój mąż budzi się u boku innej kobiety, a ja jestem sama. Jednak z całą desprecją i konsekwencją brnęłam w to dalej. Wiedziałam, że jeśli tego nie spróbuje, nie zakosztuje w pełni owocu zakazanego, który przestał być zakazanym, kiedy zaczęło się normalne życie i szara codzienność – dopóki nie przekona się, czy ktoś inny jest w stanie stworzyć mu dom, nie doceni tego, co na własne życzenie stracił.
Nie wiem, skąd wówczas u niespełna 30-letniej kobiety wzięło się tyle spokoju i godności, by pokierować swoim życiem w taki sposób. Wiem, że to właśnie wtedy usłyszałam to słowo, które brzmiało ILUNGA, z języka suahili i oznaczało kobietę, która została zraniona dwa razy, ale trzeci raz już nie pozwoli, by ktoś wyrządził jej krzywdę. Nie wiem, czy takie słowo naprawdę istnieje, czy może coś mi się przywidziało, ale dla mnie stało się symbolem mojej walki i mojego zwycięstwa.
Mój mąż wrócił do mnie i od 4 lat znowu jesteśmy razem. Dokonał świadomego wyboru i ciężko pracował, by odzyskać mnie, moje zaufanie i uczucia. Ja też dokonałam świadomego wyboru, że znowu chcę z nim być, chcę tworzyć z nim rodzinę, dom dla naszych dzieci. Powtarzając sobie jak mantrę prawdę, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, zrozumiałam, że mam o wiele więcej siły niż się spodziewałam. Mój mąż dojrzał do tego, żeby zrobić z sobą porządek, z małego chłopca stać się prawdziwym mężczyzną, ojcem i mężem. Wierzę, że tak jest, ale jeśli poważy się jeszcze raz, by zrobić mi krzywdę, straci mnie na zawsze.
Codziennie walczę o swoje małżeństwo, rodzinę, staram się zrozumieć swoje emocje, emocje moich bliskich i to, co ma na nie wpływ.
Jestem Ilunga.
Wystąpiłam do sądu o seprację, zamieszkaliśmy odzielnie. Poprosiłam mojego męża, żeby opuścił nasz dom, który zbrukał, żeby nie ranił nas już bardziej, jeśli było to w ogóle możliwe i mieszkałam z naszymi dziećmi sama. Mimo codziennych wizyt i pomocy z jego strony, musiałam sobie poradzić sama ze sobą, z emocjami, problemami. Myślałam, że błąd, który on popełnił kilka lat temu, nie powtórzy się, ale się powtórzył, znowu zapragnął wyciągnąć rękę po owoc zakazany.
Tym razem postawiłam sprawę na ostrzu noża i musiałam się rozstać z człowiekiem, którego nie potrafiłam znienawidzieć, chociaż nie wiedziałam, czy nadal go kochałam. Musiałam znaleźć w sobie siłę, żeby każdego dnia obudzić się ze świadomością, że mój mąż budzi się u boku innej kobiety, a ja jestem sama. Jednak z całą desprecją i konsekwencją brnęłam w to dalej. Wiedziałam, że jeśli tego nie spróbuje, nie zakosztuje w pełni owocu zakazanego, który przestał być zakazanym, kiedy zaczęło się normalne życie i szara codzienność – dopóki nie przekona się, czy ktoś inny jest w stanie stworzyć mu dom, nie doceni tego, co na własne życzenie stracił.
Nie wiem, skąd wówczas u niespełna 30-letniej kobiety wzięło się tyle spokoju i godności, by pokierować swoim życiem w taki sposób. Wiem, że to właśnie wtedy usłyszałam to słowo, które brzmiało ILUNGA, z języka suahili i oznaczało kobietę, która została zraniona dwa razy, ale trzeci raz już nie pozwoli, by ktoś wyrządził jej krzywdę. Nie wiem, czy takie słowo naprawdę istnieje, czy może coś mi się przywidziało, ale dla mnie stało się symbolem mojej walki i mojego zwycięstwa.
Mój mąż wrócił do mnie i od 4 lat znowu jesteśmy razem. Dokonał świadomego wyboru i ciężko pracował, by odzyskać mnie, moje zaufanie i uczucia. Ja też dokonałam świadomego wyboru, że znowu chcę z nim być, chcę tworzyć z nim rodzinę, dom dla naszych dzieci. Powtarzając sobie jak mantrę prawdę, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, zrozumiałam, że mam o wiele więcej siły niż się spodziewałam. Mój mąż dojrzał do tego, żeby zrobić z sobą porządek, z małego chłopca stać się prawdziwym mężczyzną, ojcem i mężem. Wierzę, że tak jest, ale jeśli poważy się jeszcze raz, by zrobić mi krzywdę, straci mnie na zawsze.
Codziennie walczę o swoje małżeństwo, rodzinę, staram się zrozumieć swoje emocje, emocje moich bliskich i to, co ma na nie wpływ.
Jestem Ilunga.